Like this post
banana  2013pawel dudziak 
Like this post
Powerpuff Girl  2013pawel dudziak
Like this post

Plan zbliżenia Europy 2013

Będzie to podróż inna niż wszystkie dotychczas, zupełnie nowy rejon, inna kultura i tak naprawdę nie wiem sam czego mogę się spodziewać. Dlaczego tak wyjątkowa i inna ? Po pierwsze, w zwyczaju swoim miałem obierać cel i na miejscu szukać atrakcji, które mnie zainteresują ( oczywiście w podróż nie jechałem nigdy zielony ), ale uwielbiam odkrywać miejsca bez większego planu, spędzać czas wolny, kierować się tam gdzie mnie oczy poniosą, tam gdzie naprawdę mam ochotę. Po drugie, oprócz ogólnego planu, kilku miejsc do zwiedzenia, będzie to podróż do miejsca, które z jednej strony powinno być mi/nam bliskie z drugiej strony okazuje się być mocniej nie znane, nie jest popularne, owiane lekką tajemnicą, a historie i recenzje zasłyszane/ przeczytane są totalnie rozbieżne. Po trzecie, planuję tą podróż już od dłuższego czasu i jest to pierwsza podróż, którą mam zamiar spędzić sam, z dala od znajomych, rodziny, postawić na kontakt z miejscowymi i poświęcić maksimum uwagi miejscom które odwiedzę. 
Podróżując po Europie najczęściej obieramy modne kierunki południa, zachodu , a ostatnimi czasy coraz bardziej popularne Bałkany. Zdecydowanie rzadziej zdarzają się podróże na północ, w stronę bieguna, Skandynawii, może ze względu na klimat, ceny, modę ? Moja podróż jednak skierowana będzie jeszcze w innym kierunku, mianowicie na wschodni kraniec Europy, a punktem docelowym jest Krym. 
Dlaczego wschód i Krym ? Jest kilka powodów najistotniejszym jest zwykła ciekawość, oprócz tego egzotyka ( nie bójmy się użyć tego słowa w odniesieniu do Ukrainy, ponieważ jest ona zdecydowanie inna niż reszta Europy ), oraz skrajne opinie odnośnie tych rejonów. Z jednej strony usłyszeć możemy zachwyt nieograniczonymi stepami, pięknymi górami, plażami, z drugiej negatywne opnie odnośnie standardów życia, dróg, czystości i zachowań miejscowej ludności. Sama ludność Krymu stanowi również ciekawy “element” tego miejsca. Zacznijmy od tego, że Krym, to tak naprawdę Autonomiczna Republika Krymu, znajduje się na terenie Ukrainy, leży na północy Morza Czarnego na półwyspie.  Od północy pokryty jest stepami, które inspirowały między innymi Adam Mickiewicza, południe to góry i morze, malownicze miejscowości, warownie, ruiny i ogrody oliwne. Oprócz malowniczych widoków, mamy do czynienia z mieszanką kultur. W większości są to Rosjanie, około 25 % stanowią Ukraińcy, a zaledwie 12 % to rdzenni Tatarzy krymscy. Co ciekawe do końca II wojny światowej Ci ostatni, stanowili większość mieszkańców, ale z powodu stalinowskich represji zostali wysiedleni i deportowani głównie do Uzbekistanu. 
Ta mieszanka kultur, tajemniczość i słynne widoki powodują, że wszystkie minusy tej wyprawy odchodzą na dalszy plan. Jakie są domniemane minusy ? Po pierwsze, decydując się na wyprawę na Ukrainę powinniśmy być do niej przygotowani przede wszystkim psychicznie, powinniśmy wiedzieć czego możemy się spodziewać i spodziewać się wszystkiego. Wybierzmy na początek środek transportu. Najszybciej ( w teorii ) z południa Polski dostać się samolotem do stolicy - Symferopolu z Katowic. Początkowo lecimy do Kijowa, tam musimy zaczekać na samolot do stolicy Krymu. Lecąc przykładowo 5 czerwca wieczorem do Kijowa, samolot do Symferopolu mamy dopiero 7, oczywiście ten czas możemy spędzić na zwiedzaniu Kijowa, lub wybrać opcję pociągu. Pociąg jest tańszym rozwiązaniem, o ile lecąc samolotami koszt wyniesie około 1000 zł/os w 2 strony, tak łącząc przejazd Katowice - Kijów drogą powietrzną + między stolicami Ukrainy i Autonomicznej Republiki Krymu, korzystając z drogi kolejowej zmieścimy się w około 600 zł. Niestety godziny lotów zmuszają nas do spędzenia nocy w Kijowie. Decydując się z kolei na przejazd samochodem, musimy się liczyć, ze słabą jakością nawierzchni, specyficznej kulturze jazdy i milicji, która lubi zatrzymywać samochody z zagranicznymi tablicami ( w celu rozwiązania tego problemu warto zaopatrzyć się w kilkaset dodatkowych hrywien na łapówki, które tamtejsi milicjanci pobierają bez, najmniejszego skrępowania, a ceny mandatów, mogą być naprawdę wysokie i wówczas rzekomo tania Ukraina, robi się po prostu droga  ). Podróż samochodem nie jest najłatwiejsza, ale stosunkowo bezpieczna i komfortowa. W moim przypadku jak przewiduje google maps, całość planowanej podróży to blisko 3,5 tyś km ( prawie 50 godzin jazdy ). Po drodze przewiduję zobaczyć jeszcze trochę Ukrainy. Więc zaczynajmy!

Dzień 1 ( 05.06.2013 )
Wyjazd z Polski, obecnie mieszkam w szlacheckim dworze w Małopolsce,  pierwszy punkt wycieczki za wschodnią granicą to Lwów. Po około 5 godzinach ( o ile nie będzie specjalnych kolejek na granicy ) dotrę do centrum historycznego jednego z najważniejszych ośrodków nauki i kultury polskiej w czasie zaborów, stolicy Galicji. Pierwszy dzień spędzę na spacerze po starym mieście we Lwowie, które w 1998 roku, zostało wpisane na listę Światowego dziedzictwa UNESCO. Co ciekawe ponad 50 % zabytków Ukrainy, znajduje się właśnie we Lwowie ! Jeden dzień, to zdecydowanie za mało, żeby poznać i poczuć tak naprawdę miasto ( notabene kiedyś, gdzieś, słyszałem teorię, że aby naprawdę poczuć miasto, trzeba w nim spędzić pół roku, i to chyba jest fakt, codziennie możemy odkrywać nowe zakątki, możliwości ). Po całodniowym rajdzie przez centrum, noc spędzę w jednym z urokliwych hoteli w centrum, które okazują się być całkiem przystępne cenowo i w wysokim standardzie. 

Dzień 2 ( 06.06.2013 )
Z samego rana ( w okolicach 6 - przed 7 ) wyruszam w stronę Odessy. Czeka mnie cały dzień jazdy samochodem ( około 10 godzin ) , za to po drodze powinienem mieć piękne widoki w stronę południa. Doliczam kilka postojów na stepach w celu kilku zdjęć i w godzinach wieczornych zakwaterowanie, oraz krótki spacer po Odessie.

Dzień 3 ( 07.06.2013 )
Poranek w Odessie, położonej już nad Morzem Czarnym, historycznie należała początkowo jako dwie osady do Greków, później do Gotów, Hunów, Bułgarów, Madziarów. Następnie na terenie dzisiejszej Odessy istniała tatarska warownia ( należąca już do Chanatu Krymskiego ), którą z kolei zajęli Turkowie, a w 1789 zdobyta przez wojska rosyjskie, gdzie po 5 latach utworzono właściwe już miasto Odessę. Obecnie jest to największy port morski na Ukrainie, oprócz kilku interesujących zabytków z XIX wieku, znajdziemy tu również dom Adama Mickiewicza, przy ul. Deribasowskiej 16 ( podczas zesłania w 1825 ). Po południu i naprawdę krótkim zwiedzaniu, ruszam dalej na południe, już na właściwy Krym ! Po 2 - 3 godzinach jazdy znajduję się na wschodzie półwyspu krymskiego w Eupatorii.

Dzień 4 ( 08.06.2013 )
Eupatoria jest jednym z największych ośrodków turystycznych na Krymie, przede wszystkim dla tego, że mamy tu nieliczne plaże piaszczyste na półwyspie. Wschód półwyspu znacząco różni się od zachodu, nie tylko plażą, ale i ukształtowaniem terenu, cenami ilością zabytków. Jest uboższy, ale plaże są piękniejsze.

Dzień 5 ( 09.06.2013 )
Po dniu odpoczynku, kilku zdjęciach zachodu słońca, spokojnej nocy rano ruszam w stronę wschodniego wybrzeża. Po drodze odwiedzam Bakczysaraj jeden z trzech zachowanych muzułmańskich kompleksów pałacowych w Europie - pałac chanów krymskich i najważniejszy na Krymie meczet - Wielki Meczet Chan-Dżami. W okolicy Bakczysaraju znajdują się skalne miasta ( między innymi największe Mangup, które zajmowało 90 ha )  i wykuty w litej skale klasztor - Monaster Zaśnięcia Matki Bożej. Jeśli czas pozwoli, warto byłoby zobaczyć te wszystkie miejsca, przed wyjazdem do Sudaku.

Dzień 6 ( 10.06.2013 )
To wyjątkowy dzień tej podróży. Nie dość, że jest to ostatni dzień właściwego zwiedzania, rozpoczęty wizytą w twierdzy genueńskiej, skąd rozprzestrzenia się widok na Sudak, to są to moje 26 urodziny ;) Kolejnymi punktami podróży jest Koktebel i Teodozja. Dwa słynne kurorty w południowo wschodnim Krymie. W Teodozji spędzam ostatni nocleg na Krymie. Wieczorem jako, że znajduję się w jednym z kurortów korzystam, spędzając czas w tamtejszej knajpce. 

Dzień 7 ( 11.06.2013 ) 
Wyjazd z Teodozji przez północny półwysep pokryty stepami. 19 godzin jazdy kilka postojów, na pustkowiu w celu odpoczynku i powrót do domu. 

Dlaczego wybrałem samochód i akurat te miejsca ? Po pierwsze, samochodem nie jestem uzależniony od nikogo/ niczego… Po drugie, pomimo dobrze rozwiniętej struktury komunikacyjnej na Krymie, możemy napotkać na kilka problemów ( jadąc w jednej stronę, nie koniecznie uda nam się kupić bilet w drugą ! Pomimo, że większość mieszkańców pracuje w komunikacji, autobusy, pociągi są przeludnione i nie dojeżdżają wszędzie ).
Dlaczego wybrałem te miejsca do zobaczenia ?  Są kalejdoskopowym przeglądem przez Krym. Zobaczę kilka różnych kultur i struktur geograficznych. Co ciekawe w każdym z miast które wybrałem, są targi handlowe. To tam można kupić świeże owoce, warzywa i  pamiątki. Każdy z kurortów, dysponuje różną kuchnią, miłośnicy kulinariów z całego świata, znajdą na Krymie swoje ulubione potrawy. Ale nie po to jedziemy na wschód, żeby kosztować kuchni włoskiej. Z miejscowych potraw zjemy typowe potrawy ormiańskie, rosyjskie, ukraińskie i tatarskie. Standardowo jak to w kurortach, prawdziwe jedzenie ( i miasto ) znajdziemy troszkę na poza centrum, tam zjemy i taniej i smaczniej ! Co zjem na pewno ? Warenyky ! - czyli po prostu moje ukochane pierogi ruskie :) bo gdzie znajdziemy lepsze pierogi ruskie niż w ich kolebce ? 
Wiemy już co zjem, co zobaczę, gdzie będę spał, co zabieram ze sobą ? Odessa i Lwów to hotele w centrum miasta, chcę być jak najbliżej, żeby nie tracić czasu na dojazd. Reszta to głównie kwatery prywatne, ale wyszukane wcześniej przez internet, można znaleźć łatwo, na miejscu, ale niestety bardzo często można znaleźć się w totalnej dziurze, z dostępem do WC na 30 osób :), niestety potrzebuję szybko się przemieszczać i wypocząć. Warto dopłacić kilka zł i nie marnować czasu na poszukanie przyzwoitego noclegu. Zabieram ze sobą tylko potrzebne rzeczy, ubrania, laptop + jeśli się uda FujiFIlm SL 1000 ( 50 krotny zoom z pewnością się przyda, a warto byłoby przetestować zupełnie obcy aparat dla mnie ). Apteczka, zapasówka i klika narzędzi dla ewentualnego ratowania samochodu, mapy, słownik rosyjskiego i  hrywny w gotówce.
Koszt całkowitego wyjazdu zamyka się w 3800 zł, w tym 1500 będzie kosztować sama benzyna, do tego dochodzą noclegi, wyżywienie i inne opłaty, wejściówki, opłaty parkingowe, ewentualnie nieprzewidziane wydatki których na Ukrainie może być pełno. Co ciekawego, pomimo względnej taniości Ukrainy, mamy sporo opłat, za parking, za wejścia na plaże, za zamówione piwo + napiwek, muzyka i inne (doliczane z automatu ). Mimo wszystko staram się zobaczyć jak najwięcej w naprawdę krótkim czasie ! 
Życzcie mi powodzenia ! 

Like this post
“home”                 2013From series “home” by pawel dudziak 
Like this post


“home”                 2013From series “home” by pawel dudziak 
Like this post
Po blisko półrocznym okresie użytkowania (a wzdychania do niego, było jeszcze kilka miesięcy więcej) , postaram się odpowiedzieć sam sobie i przy okazji podzielić się własną refleksją na temat Fujifilm Finepix X-100. Czy jest to aparat dla podróżnika, fotografa ulicznego, kompakt do zdjęć rodzinnych, czy po prostu ładny gadżet ?
Pierwszy kontakt.
Częściowo znudzony, zmęczony fotografią cyfrową, wyścigiem Megapixeli, dźwiganiem całymi dniami ciężkiego korpusu, torby pełnej obiektywów, spędzania czasu na obróbce RAWów, przestałem cieszyć się z przyjemności robienia zdjęć. Nie w każdym miejscu mogłem pozwolić sobie na komfort posiadania przy sobie aparatu, a jeśli nawet wyruszałem ” na zdjęcia “, nie wszędzie mogłem wyciągnąć aparat i celować wielką skrzynią z lunetą. Zacząłem szukać rozwiązania idealnego dla mnie. Lekko wysłużony ale wciąż działający Nikon D300 towarzyszył mi w moich podróżach, chwilach wolnych, spotkaniach ze znajomymi, pracy. Aby ograniczyć miejsce najczęściej używany był z Nikkorem 17 - 55 mm 2,8 ED. Jasny ostry zoom sprawdzał się naprawdę dobrze z skrzynką z pod znaku “N”, czasem zamieniany 50 mm i 35 mm ( oczywiście obiektywy wyposażone w złoty znak firmy “N” ), dawały ładny bokeh i zajmowały znacznie mniej miejsca. 50 mm świetnie sprawdzał się do portretów, ale na ulicy wydawał się zbyt wąski, do fotografii krajobrazu, tak samo, tym bardziej biorąc pod uwagę ekwiwalent dla pełnej klatki dawał nam 75 mm.. 35 mm 1,8 f na ulicy  sprawował się lepiej, ogniskowa już lepsza dla oka, łatwiej kadrować, ale aberacje chromatyczne i dosyć wolny, niezbyt precyzyjny auto fokus nie dawały mi spokoju.. Po 2-3 miesiącach obiektyw opuścił moją stajnie. Wciąż nie zadowolony szukałem dalej, zacząłem skupiać się mocniej na obróbce fotografii, spędzałem więcej czasu przed ekranem monitora, niż za wizjerem. Zostawiłem na chwilę lustrzankę, gdy na bazarze znalazłem legendarnego Olympusa Mju, mały, kompaktowy aparat, mieszczący się w kieszeni, zastąpił używanego od czasu do czasu Olympusa AF-1. Spodziewając się efektów po rewelacyjnych zdjęciach  z AF-1, ostrości Zuiko byłem pełen podniecenia strzelając pierwszą rolkę. Odbierając zdjęcia z laboratorium pociły mi się ręce, byłem zachwycony.. w końcu, cieszyłem się na nowo szukaniem obrazu, a nie sposobu na jego utrwalanie. W między czasie udało mi się zdobyć Olympusa Mju II ze stałym światłem 2,8. Ogniskowa 35 mm w Olympusach była idealną dla mnie, to co widziałem zostawało na kliszach. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie fakt, że klisza ogranicza się do jednej czułości przez 24 - 36 zdjęć, nie można w południe zrobić kliku zdjęć z niską wartością ISO, a wieczorem dokończyć rolki filmu podnosząc wartość, bez zmiany rolki. Przez moje ręce przewinęło się jeszcze klika analogowych aparatów, Contax’y, Yashica, czy Lubitel 166B znaleziony w piwnicy (zupełnie nowy w kartonie po dziadku) problem z czułością częściowo rozwiązywały dwa aparaty, ale to tylko półśrodek, zacząłem szukać dalej.
Zafascynowany fotografią analogową, zacząłem szukać zdigitalizowanej alternatywy. Wiedziałem już, że idealną ogniskową dla mnie jest 35 mm, zupełnie uniwersalne ogniskowanie, pozwalało na mnogość zastosowań, od fotografii ulicznej, przez krajobraz po portret. Gabaryty muszą być jak najmniejsze, jakość obrazu jak najwyższa. Jako estecie serce mocniej biło widząc cuda z czerwoną kropką. Leica, niemiecka marka odznacza się od lat klasą samą w sobie, wykonanie, precyzja i jakość obrazu pozostają na najwyższym poziomie. Firma stworzyła dalmierzowe aparaty, które zrewolucjonizowały reporterkę. Jedyną przeszkodą stojąca na drodze przed zakupem wymarzonego cyfrowego modelu M8 lub M9, jest zaporowa cena. 
W tym czasie udało mi się być na warsztatach z Tomaszem Lazarem, pod patronatem Fujifilm. Promocja serii X, warsztaty z mistrzem fotografii czarno-białej, znakomitym fotografem ulicznym, dokumentalistą i pierwszy fizyczny kontakt z rodziną X. Po prostu stało się, każdy z nich leży fantastycznie w ręce, przykładam do oka, celuję, strzelam a dalmierzowy wizjer pokazuje mi zdjęcie, które zrobiłem. Magia, połączenie klasyki analoga z wysokiej jakością obrazem cyfrowym, a wszystko podane w pięknej formie. Spośród testowanych przeze mnie X-Pro1, X-10 i X-100, koncentracja padła na ostatni model. Po powrocie do domu, zaczęło się oglądanie zdjęć próbnych wykonanych na warsztatach i o zgrozo! podobają mi się. Zacząłem się mocno zastanawiać, czy wreszcie odnalazłem to czego szukałem, czy jest to aparat stworzony dla mnie ? Spędziłem kilka nocy wertując, testy, opinie, porównania ( między innymi z Leicą M9 ), udało mi się wymienić kilka zdań z fotografem Gazety Wyborczej Adamem Golcem, który miał przyjemność testować aparat i w końcu postanowiłem. Mimo opinii, które mówiły mi, żeby patrzeć na aparat raczej jako backup, na niedzielną wycieczkę/spacer, postanowiłem posiąść go we własnej kolekcji.
Moje własne czarne pudełko.
W kilka dni po podjęciu decyzji otwierałem czarne, niezwykle efektowne pudełko, a moim uśmiechniętym oczom i ciepłym z radości ręką ukazał się mój własny Fujifilm X-100. Nie było już odwrotu, bałem się czy spełni wszystkie moje oczekiwania, nie jest to najtańszy aparat kompaktowy, co potęgowało dreszcz emocji. Czekałem, aż przejdą mrozy, by spędzić z nim całe dni poza ścianami domu. Aparat spisywał się dość ciekawie, poznawałem go powoli, głównie w weekendy, odkrywałem nowe możliwości, ustawiałem aparat pod siebie. Po kilkudziesięciu zdjęciach, wiedziałem już jedno. Jedna bateria to za mało na cały dzień zdjęć ! Dokupiłem drugą i a aparat tak na prawdę przetestowałem dopiero podczas kilkudniowego pobytu w Wiedniu.
Prawdziwy test dla ładnej zabawki.
Zacznijmy od początku. Po pierwsze,aparat fantastycznie leży w dłoni, biorąc go do ręki, układa się idealnie w dłoniach, lewa ręka szybko otula obiektyw i pierścień regulacji przysłony, prawa z kolei opiera się na niewielkim gripie, który powoduje, że aparat leży pewnie w dłoni. Kciuk prawego palca sam wędruje między  ”kółkiem” przy menu ( które działa w dwojaki sposób - można nim kręcić, lub klikać jak standardowym krzyżakiem ), pokrętłem korekcji ekspozycji, a ustawieniem czasu. Palec wskazujący bezbłędnie znajduje spust migawki. Ergonomia wzorowa ! Regulacja przysłony następuje przez przekręcenia pierścienia na obiektywie. Sam pierścień jak i inne przyciski działają precyzyjnie z należytym oporem. Jedyny problem miewam z wciśnięciem przycisku MENU / OK jest on dość mały jak na mój kciuk, i czasem muszę się mocniej nad tym skoncentrować. spust migawki początkowo wydawał mi się działać z lekkim opóźnieniem, z czasem przywykłem do tego. Przełączenie trybu pracy Autofokusu, znajdujące się na lewym boku aparatu patrząc od strony wyświetlacza czasem trudno wyczuć próbując włączyć środkowy tryb AF-S ( na samej górze mamy MF, na dole AF-C ). Całość korpusu jest wykonana z solidnego stopu, pokryta materiałami naprawdę wysokiej jakości, zadbano o każdy detal aparatu. 
Przesuwamy wskaźnik z pozycji OFF na ON i po chwili patrząc w wizjer naszym oczom ukazuje się siatka, wszystkie potrzebne informacje + poziomica. W Fuji X-100 znajdujemy hybrydowy wizjer, przełączenie między trybami optycznego wizjera  ( Optical Viewfinder OVF ), a elektronicznego( Electronic Viewfinder EVF ) odbywa się za pomocą dźwigienki na frontowej ścianie aparatu, przypominającej tą odpowiadającą za samowyzwalacz w analogowych starszych konstrukcjach. Niezależnie od trybu pracy wizjera mamy podane jasno i przejrzyście wszystkie potrzebne informacje (przy silnym słońcu czasem słabiej widać wskazania podziałki ekspozycji w trybie OVF, jednak są to ekstremalne przypadki).  Pracując w trybie optycznego wizjera, należy pamiętać o błędzie paralaksy, wynikającym z delikatnego przesunięcia samego wizjera względem obiektywu.  Wizjer umieszczony lekko powyżej i po lewej stronie obiektywu( patrząc od strony pleców aparatu ) pokazuje większą przestrzeń niż zostaje utrwalona na matrycy, dodatkowo po założeniu osłony słonecznej zajmuje ona część kadru, co jest dość częste w aparatach .

dalmierzowych. Po przełączeniu wizjera w tryb elektroniczny, podnosi się “kurtynka” a na pryzmacie wyświetla się oprócz wszystkich wcześniejszych informacji obraz w 100% zgodnym z tym co zarejestruje matryca. Jak podaje producent, LCD ma 0,47 cala co może wydawać się niewielkim rozmiarem, ale jest to wystarczająca wielkość do sprawdzenia ostrości i poprawności kadru. Oprócz 2 trybów korzystania z wizjera możemy używać podglądu na żywo na dużym ( 2,8 cala przy całkowitych wymiarach aparatu stanowi zdecydowaną większość tylniej ścianki ) i wyraźnym wyświetlaczy, który ładnie oddaje kolorystykę, wyświetlać na nim podstawowe informacje dotyczące ustawień aparatu, lub korzystać z trybu “mieszanego” gdzie precyzyjny czujnik, po zbliżeniu oka do wizjera błyskawicznie przełącza widok z LCD na wizjer. W przypadku obu trybów wyświetlania LCD i EFV, można dostrzec delikatne smużenie. Tryb EVF pokazuje nam obraz dokładnie po korekcji EV, co jest bardzo przydatną i wygodną funkcją, OVF jest szybszy ( nie występuje smużenie ) i oddaje klimat dalmierzy. 

Poznaliśmy aparat, więc wróćmy do naszej podróży i fotografowaniu w końcu, bo przecież po to podobno został stworzony ten aparat. Na ulicy spisuje się wyśmienicie, można go wziąć wszędzie i nikomu nie przeszkadza. Wywołuje zaciekawienie fotoamatorów, a czasem uśmiech na twarzy. Mały niepozorny, pomimo srebrnych dodatków (taką standardową wersję posiadam) nie rzuca się specjalnie w oczy. Zapewnia dyskrecję, migawka to miły szelest, nie ma tu klapania lustra, jest cicho, obiektyw pracuje tylko z lekkim, nie przeszkadzającym szumem.  Aparat jest lekki, więc noszenie go przez cały dzień na szyi nie sprawia większego kłopotu, opcjonalny futerał LC-X100 dodaje elegancji i zapewnia rewelacyjną ochronę. Matryca APS-C CMOS o rozdzielczości 12,3 megapikseli, spisuje się rewelacyjnie, ISO 3200 jest naprawdę ładne ! Matryca odwzorowuje kolory bardzo dobrze, Zakres dynamiczny ISO ma zakres od 100 do 12800 ( gdzie wartości skrajne 100 i 12800 są poza standardem i nie podlegają funkcji Auto ISO Control ). Obiektyw  Fujinon o ogniskowej 23 mm 1:2 ( w związku z matrycą APS-C ekwiwalent ogniskowej wynosi 35 mm ) pracuje na przysłonach od 2 do 16. Pięknie rysuje, jest naprawdę ostry, daje w połączeniu z rewelacyjną matrycą obraz wysokiej jakości. Aparat świetnie sprawdza się w każdej sytuacji, od portretów pod światło ( pomiar światła działa precyzyjnie, podobnie jak balans bieli. Tu aparat nie nie wywołuje żadnych zastrzeżeń ), przez krajobraz, fotografie architektur, kończąc na makro. Strzelając zdjęcia na ulicy, liczy się szybkość, niestety, to przed czym mnie ostrzegano, czego się w pewnym stopniu spodziewałem, Autofokus bywa mozolny. Wiedząc o tym i znając już ten aparat, można się do tego przyzwyczaić. W fotografii ulicznej są dwie opcje, albo ustawiamy dość dużą wartość przysłony, i manualnie ustawiamy odległość ostrzenia na około 2 metry i gdy zbliżymy się odpowiednio blisko wykonujemy zdjęcie, albo czekamy na moment z przygotowanym aparatem. Fuji pozwala nam na dobranie przysłony, czasu, a funkcja Auto ISO Control której wahania możemy ustawić wg własnych potrzeb. Po ustawieniu aparatu pod siebie, możemy cieszyć się w 100 % fotografią. Jako opcje mamy do wyboru kilka symulacji filmów, PROVIA, VELVIA, ASTIA. Aparat posiada dodatkowo wbudowany filtr ND pozwalający na wydłużenie ekspozycji. 
Aparat posiada dodatkowo miły akcent, po wykonaniu zdjęcia w wizjerze możemy je podejrzeć. Aparat co prawda ma kilka udogodnień i bajerów posprodukcyjnych już w korpusie.  Jednak i tak najważniejszym punktem, ma być plik o najwyższej jakości. Zdjęcia od przysłony 2,8 są perfekcyjnie ostre ! Resztę tak naprawdę i tak robimy w Lightroomie ( lub innym edytorze ), nie spędzając tam jednak wiele czasu. Ciekawym efektem jest połączenie presetów VSCO i pliku RAW z Fujifilm X-100- po prostu analogowa bajka bardzo dobrej rozdzielczości ! Dostajemy plik który nadaje się do druku w dużym formacie. 
Aparat sprawdza się bardzo dobrze. Niestety, bateria nie jest jego mocną stroną, podobnie jak Autofokus, do jednego i do drugiego można się przyzwyczaić, ciesząc się fotografią. na cały dzień warto zabrać ze sobą 2-3 baterie ! to sporo, na szczęście nie zajmują dużo miejsca. Delikatnym problemem jest fakt, że po zakręceniu stopki do statywu, nie jesteśmy w stanie dostać się do baterii, aczkolwiek w przypadku rzeczonej wcześniej serii M z pod znaku czerwonej kropki, musimy odkręcić spód aparatu, tak jakbyśmy zmieniali w dalmierzu film. 
Reasumując
Plusy :
+ Rewelacyjny obiektyw, który daje poprawne geometrycznie zdjęcia z bardzo dobrą ostrością
+ Korpus, prawie idealny, pomijając naprawdę delikatne niedociągnięcia
+ Matryca generująca świetne pliki nawet na wysokich czułościach
Minusy:
- Lekko ospały Autofokus i nie 100 % celny
- Miło byłoby móc mechanicznie, a nie elektrycznie regulować ostrość.
Na pytanie, czy aparat spełnił moje oczekiwania… Zdecydowanie Tak ! biorąc go z wszystkimi minusami, wiedząc czego się mogę spodziewać jestem w pełni ( w końcu ! ) usatysfakcjonowany. Teraz chwile po premierze, przymieżam się do X-100s który jest poprawioną wersją cuda ( nie tylko wizualnie ) wyprodukowanego w Japonii.

kilka zdjęć z Fujifilm X-100

image 

image

image

image

image

image



 






Like this post
“home”                 2013From series “home” by pawel dudziak 
Like this post
keep smiling